Дерсу Узала / Dersu Uzala / デルス・ウザーラ / Dersu Uzała


Dersu==Hermann Hesse's Siddhartha?


Postacią powieściową, która kojarzy mi się z Dersu jest Siddhartha – samotnie poszukujący Najwyższej Prawdy bohater jednej z moich ulubionych powieści Hermanna Hessego. Cechą szczególną Siddharthy jest to, że poszukuje on Prawdy nie w książkach – teoriach stworzonych przez filozofów czy jakichś świętych pismach - ani nie u innych ludzi – nauczycieli czy oświeconych. Podczas swego pierwszego przebudzenia (na końcu pierwszej z dwóch części tego indyjskiego poematu) Siddhartha pojmuje, iż Prawdę może znaleźć tylko w sobie samym. Pojmuje także i to, że jego osoba, Siddhartha jest taką samą cząstką świata jak rzeka czy góra. Zresztą przeczytajmy...

Przebudzenie
Kiedy Siddhartha opuścił ogród, w którym pozostał Doskonały Budda i w którym pozostał Gowinda, poczuł, że w tym ogrodzie zostaje także jego dotychczasowe życie i odrywa się od niego. Oddalając się powoli, Siddhartha zastanawiał się nad tym wypełniającym go wrażeniem. Zastanawiał się głęboko, jak gdyby zanurzał się w głęboką wodę, aż do dna tego wrażenia, aż tam, gdzie tkwią przyczyny, bo myślenie polega właśnie, jak mu sią zdawało, na dociekaniu przyczyn i jedynie w ten sposób wrażenia stają się wiedzą i nie giną, ale nabierają wagi i poczynają emanować tym, co się w nich zawiera.
Oddalając się powoli, Siddhartha tonął w myślach. Stwierdził oto, że nie jest już młodzieńcem, ale stał się mężczyzną. Stwierdził, że coś go opuściło, jak węża opuszcza stara skóra, że czegoś już w sobie nie znajduje, czegoś, co towarzyszyło mu i należało do niego przez wszystkie lata młodości: pragnienie, by mieć nauczycieli i słuchać nauk. Ostatniego nauczyciela, jaki pojawił się na jego drodze, najznakomitszego i najmędrszego nauczyciela, najświątobliwszego, właśnie był porzucił, z nim także musiał się rozstać, nie mógł przyjąć jego nauki.
W zamyśleniu szedł coraz wolniej i zapytywał samego siebie: „Ale cóż to takiego, czego chciałeś się nauczyć z nauk i od nauczycieli, czego to takiego ci, którzy wszak tylu rzeczy cię nauczyli, nie mogli cię nauczyć?" I odpowiedział sam sobie:'„Chciałem się nauczyć, czym jest ja i jaki jest jego sens. Chciałem się uwolnić od tego ja, chciałem je pokonać. Ale nie mogłem go pokonać, mogło mi się tylko wydawać, mogłem tylko od niego uciekać, chować się przed nim. Zaiste, nic na świecie nie zaprzątało mojej myśli tak bardzo jak moje własne ja, ta zagadka, że żyję, że jestem osobnym bytem, oddzielnym od wszystkich innych, że jestem Siddhartha. A o niczym na świecie nie wiem tak mało jak o samym sobie"!
Idąc tak z wolna i rozmyślając przystanął, przejęty tą myślą, a z niej wyłoniła się natychmiast inna myśl, nowa, tak brzmiąca: „Jeżeli nic o sobie nie wiem, jeżeli Siddhartha pozostał dla mnie obcy i nieznany, to bierze się to z jednej, jedynej przyczyny: bałem się siebie, uciekałem od siebie! Celem moich poszukiwań był atman, był brahman, zgodziłem się rozłożyć swoje ja na cząstki, zrywać kolejne warstwy, aby odnaleźć to, co kryje się w jego nieznanym wnętrzu, rdzeń, atman, życie, boski pierwiastek, źródło źródeł. Ale w ten sposób utraciłem samego siebie".
Siddhartha otworzył oczy i rozejrzał się wokół, twarz rozjaśnił mu uśmiech, a całe jego ciało, aż po czubki palców przeniknęło uczucie, że oto budzi się z długiego snu. I zaraz ruszył naprzód, szybko, jak człowiek, który wie, co ma czynić.
Och — myślał, głęboko wciągając powietrze — teraz już Siddhartha mi się nie wymknie. Nie będę już rozmyślał o atmanie i bólu życia, nie będę tym żył. Nie będę się już uśmiercał i ciął na kawałki, aby wśród nich szukać tajemnicy. Nie będę szukał nauki w jo-gawedzie ani w Atharwawedzie, ani u ascetów, ani nigdzie indziej. Chcę się uczyć od samego siebie, chcę być uczniem, chcę siebie poznać, pozmać tajemnicę Siddharthy.
Rozglądał się wokół, jakby po raz pierwszy zobaczył świat. Świat był piękny, świat był kolorowy, był dziwny i pełen zagadek! Mienił się błękitem, żółcią, zielenią, niebo i rzeka płynęły, las i góra stały w miejscu, wszystko takie piękne, takie zagadkowe, cudowne, a pośród tego wszystkiego stał przebudzony Siddhartha, w drodze do samego siebie. Wszystko to, wszystkie te żółtości i błękity, rzeka i las po raz pierwszy dotarły za pośrednictwem zmysłów do Siddharthy,  nie były już omamem,  zesłanym przez złego ducha, nie były zasłoną mai, nie były bezsensowną i przypadkową wielkością zjawisk, 'którą głęboko myślący bramin lekceważy, gardzi bowiem wielością, a szuka jedni. Błękit był   tymczasem   błękitem,   rzeka   rzeką   i   choć   ten błękit i ta rzeka kryły w sobie dla Siddharthy jednię i boskość, to przecież właśnie boskość podług swej natury i sensu miała być tu żółtością, tam błękitem, tu niebem, tam lasem, a tu Siddhartha. Sens i istota znajdowały się nie gdzieś poza rzeczami, ale w nich, we wszystkim.
Jakiż byłem tępy i głuchy! — myślał spiesznie podążając naprzód. Gdy ktoś czyta pismo, którego sens chce odkryć, nie lekceważy wszak znaków i liter, nie nazywa ich złudzeniem, przypadkiem, nic nie wartą skorupą, ale czyta je, literę po literze, studiuje, kocha. Ja tymczasem, który chciałem czytać w księdze świata i w księdze własnej istoty, gardziłem znakami i literami, z góry umyśliwszy sobie, że tak właśnie trzeba, nazywałem świat zjawisk złudzeniem, własne oczy i język nazywałem przypadkowymi i bezwartościowymi zjawiskami. Nie, to już skończone, przebudziłem się, naprawdę się obudziłem i dziś dopiero przyszedłem na świat.
Gdy to pomyślał, zatrzymał się raz jeszcze, nagle, jak gdyby ujrzał na drodze przed sobą węża.
Do nagle uprzytomnił sobie jasno także i to: skoro był naprawdę jak obudzony albo nowo narodzony, musiał od nowa zaczynać życie, całkiem od nowa. Kiedy tego ranka opuszczał ogród Dżetawana, ogród Wzniosłego, już budząc się, już w drodze do siebie, wyobrażał sobie, i wydawało mu się to całkiem naturalne i oczywiste, że oto po latach życia w ascezie wróci do rodzinnych stron, do ojca. Ale teraz, dopiero w momencie, gdy się zatrzymał, jakby na widok sunącego drogą węża, nagle zrozumiał coś jeszcze: „Nie jestem już tym, kim byłem, nie jestem już ascetą, nie jestem już kapłanem, nie jestem już braminem. Cóż miałbym robić w domu u ojca? Studiować? Składać ofiary? U-prawiać kontemplacje? Wszystko to już skończone, wszystko to już nie leży na mojej drodze".
Siddhartha stał bez ruchu i przez mgnienie oka, przez chwilę potrzebną dla nabrania tchu uczuł mróz w sercu, poczuł, że serce drży mu w piersi i kurczy się od wewnętrznego chłodu, jak małe zwierzątko, ptak albo trwożliwy zając, zrozumiał bowiem, jaki jast samotny. Całymi latami żył bez ojczyzny i nie czuł tego. A teraz poczuł. Zawsze, nawet w momentach najgłębszej kontemplacji, był synem swego ojca, braminem, należał do wyższego stanu, do stanu kapłanów. Teraz był już tylko Siddharthą, człowiekiem, który zaznał przebudzenia, i niczym ponadto. Głęboko zaczerpnął tchu i przez chwilę czuł, jak przenika go chłodny dreszcz. Nikt nie był tak samotny jak on. Człowiek szlachetnego rodu żyje życiem swego stanu, rzemieślnik znajduje oparcie wśród rzemieślników, dzieli ich życie, mówi ich językiem. Bramin żyje wespół z innymi braminami, asceta ma za sobą innych samanów, a nawet najbardziej zagubiony pustelnik w puszczy nie jest sam ani samotny, ma gdzieś swoje miejsce, należy do jakiegoś stanu, który jest mu ojczyzną. Gowinda został mnichem i tysiące mnichów było mu braćmi, nosiło ubiór taki sam jak on, wierzyło w to, w co on wierzył, mówiło jego językiem. Ale gdzie było miejsce Siddharthy? Czyje życie miał dzielić? Czyim językiem mówić?
W tej chwili, kiedy świat oddalił się od niego, odpłynął gdzieś, on zaś stał samotny jak gwiazda na niebie, w tej chwili chłodu i zwątpienia narodził się Siddharthą bardziej zwarty, skupiony w sobie, bardziej 'jeszcze będący sobą niż przedtem. Czuł wyraźnie: to był 'ostatni dreszcz przebudzenia, ostatni skurcz porodowy. I zaraz potem ruszył w dalszą drogę, począł iść szybko i niecierpliwie, nie do domu, nie do ojca, nie z powrotem.

Ten ideał Hessego wciela w życie właśnie Dersu. Czyta świat natury rzec można z oryginału. Nie odwraca się odeń obojętnie ani nie gardzi nim, jak my, mieszczuchy to czynimy. Studiuje litera po literze: las, niebo, rzekę, górę...

Spotkanie Arseniewa i Dersu to zderzenie dwóch skrajności. Kapitan Arseniew jest wtedy młodym, dobrze wykształconym badaczem. Opisywane przez siebie okazy flory i fauny klasyfikuje ze znawstwem, określając je czasem łacińskimi nazwami. Gdy poznaje Dersu, ten jest już u końca swej drogi, jest leśnym mędrcem. I jeśli Arseniew patrzy na przyrodę jakby z zewnątrz, obiektywnie, naukowo, to spojrzenie Dersu jest zupełnie przeciwnie skierowane – Dersu spostrzega przyrodę od wewnątrz – to świat, którego jest częścią.

Trzeci rozdział książki – “Polowanie na dziki” - jest wtajemniczeniem Arseniewa. W skupieniu słucha on tego, co szepcze Dersu. “Nie rozumiałem, o jakim “człowieku” mówi, i spojrzałem na niego ze zdziwieniem”. A potem “Uderzyło mnie to, że Dersu nazywa dziki “ludźmi”. Zapytałem go o to. “Jego to samo, co ludzie – potwierdził. - Tylko koszula inny. Oszukaj – rozumie, gniewaj – rozumie, wszystko rozumie. To samo co ludzie”.

Ten leśny mędrzec wielokrotnie wprowadza kompana w podróży w swoją wizję rzeczywistości. Coraz to nowych mieszkańców swego świata nazywa tym mianem: rzeka, ogień, земля, сопка, лес - все равно люди. Mimo upływu lat Arseniew jednak pozostaje jak dziecko: “- Тебе, капитан, понимай нету. Его тоже все равно люди.”- mówi o niepokojącej, uduchowionej mgle.

Cóż wedle mnie znaczy owo “ все равно люди” tego najprostszego ze znanych mi filozofów? Wszystko jest zbudowane tak samo, jak człowiek. Ludzie w oczach Dersu nie są podmiotami górującymi nad przedmiotową resztą. Wszyscy “ludzie” mają swą podmiotową, duchową i przedmiotową, fizyczną naturę. Dlatego dla niego życie każdego z leśnych braci jest ważne. Dobroć to naturalna, a nie zewnętrznie narzucona postawa. Na co dzień dba on nawet o mrówkę. I nic dziwnego w tym, że ze swymi leśnymi przyjaciółmi rozmawia jak z ludźmi, a i oni go rozumieją. Tak oto ideał Hessego się urzeczywistnił. Kochać świat i wszystkich jego mieszkańców – nie sentymentalnie czy wydumanie, ale realnie i szalenie mądrze. Przeczytajmy końcowy fragment książki niemieckiego pisarza – najgłębszą mądrość Siddharthy.



Siddhartha pochylił się, podniósł z ziemi kamień i ważył go w dłoni.
— Oto — mówił bawiąc się — jest kamień, a w jakimś określonym momencie stanie się ziemią, a z ziemi wyrośnie roślina, albo zwierzę, albo człowiek. Otóż kiedyś powiedziałbym tak: „Ten kamień jest tylko kamieniem, nie ma żadnej wartości, należy do świata pozorów; ale że w kole przemian może stać się także człowiekiem albo duchem, przywiązuję do niego wagę”. Tak może myślałbym kiedyś. Dzisiaj natomiast myślę inaczej. Ten kamień jest kamieniem, jest także zwierzęciem, jest także bogiem, jest także buddą, nie obdarzam go czcią i miłością dlatego, że kiedyś mógłby stać się tym czy owym, ale dlatego, że jest kamieniem, że dziś, teraz, jawi mi się jako kamień, właśnie dlatego go kocham i widzę sens i wartość w każdej jego żyłce i zagłębieniu, w żółtej i szarej barwie, w twardości, w dźwięku, jaki z siebie wydaje, gdy go ostukuję, w jego suchej albo wilgotnej powierzchni. Niektóre kamienie są w dotyku jak oliwa albo mydło, inne jak listki, jeszcze inne jak piasek, a każdy jest szczególny, każdy na swój sposób wymawia Om, każdy jest cząstką brahmana, ale jednocześnie i zupełnie tak samo jest kamieniem, jest gładki jak oliwa albo jak mydło, i właśnie to mi się podoba, właśnie to wydaje mi się cudowne i godne uwielbienia. Ale nie pozwól mi więcej o tym mówić. Słowa wyrządzają krzywdę tajemnemu sensowi, gdy się coś wypowiada na głos, wszystko się od razu trochę zmienia, robi się trochę fałszywe, trochę głupawe — zresztą to też jest dobre, to też mi się podoba, z tym też się całkowicie godzę, że coś, co dla jednego jest skarbem i mądrością, dla drugiego trąci zawsze głupotą.
Gowinda słuchał w milczeniu.
— Dlaczego powiedziałeś mi o tym kamieniu? — spytał z ociąganiem po dłuższej chwili.
— Bez żadnego zamysłu. A może chodziło o to, że właśnie kocham ten kamień, i tę rzekę, i wszystkie rzeczy, które możemy oglądać i od których możemy się uczyć. Mogę kochać kamień, Gowindo, i drzewo, i kawałek kory. To wszystko są rzeczy, a rzeczy można kochać. Nie umiem tylko kochać słów. Dlatego nauki to nie dla mnie, nauki nie maja konsystencji, nie mają barwy, kształtu, zapachu, smaku, mają tylko słowa. Może właśnie dlatego nie możesz znaleźć ukojenia, może przeszkadza ci ten nadmiar słów. Bo wybawienie i cnota, sansara i nirwana to przecież tylko słowa, Gowindo. Nie ma niczego takiego, co byłoby nirwaną, jest tylko słowo nirwana.
— Nirwana to nie tylko słowo, przyjacielu — rzekł Gowinda. — To pewna myśl.
Siddhartha ciągnął dalej:
— Myśl, zgoda. Muszę ci coś wyznać, mój drogi: nie bardzo widzę różnicę między myślami a słowami. Szczerze mówiąc, nie cenie zbytnio myśli. Znacznie bardziej cenię rzeczy. Tu, u tej przeprawy, moim poprzednikiem i nauczycielem był pewien święty człowiek, który przez długie lata wierzył po prostu w rzekę, w nic poza tym. zauważył, że głos rzeki do niego przemawia, uczył się od niej, rzeka go wychowywała i pouczała, była dla niego bogiem, przez wiele lat nie wiedział, że każdy powiew wiatru, każda chmura, każdy owad ma równie boską naturę, i wie tyle samo, i może tyle samo nauczyć, co rzeka, którą czcił. Ale kiedy ten święty człowiek odszedł do lasu, wiedział już wszystko, wiedział więcej niż ty i ja, bez nauczycieli, bez ksiąg, tylko dlatego, że wierzył w rzekę.
— Ale czy to, co ty nazywasz „rzeczami” — rzekł Gowinda — jest czymś prawdziwym, czymś istotnym? Czy nie jest to tylko złudzenie, jedynie obraz i pozór? Czy twój kamień, twoje drzewo, twoja rzeka — czy to jest prawdziwy byt?
— Nawet to — rzekł Siddhartha — niezbyt mnie martwi. Niechby rzeczy były pozorem, w takim razie i ja jestem pozorem, tak jak one. Właśnie dlatego są mi tak drogie i tak godne uwielbienia — bo są takie jak ja. Dlatego mogę je kochać. I oto nauka, z której będziesz się śmiał, Gowindo: najważniejsza wydaje mi się miłość. Rozszyfrowywać świat, objaśniać go, gardzić nim to rzecz wielkiego myśliciela. Mnie zaś zależy tylko na tym, żeby kochać świat, nie gardzić nim, nie nienawidzieć samego siebie ani świata, móc podchodzić do świata i do siebie i do wszystkich istnień z miłością, z podziwem i z szacunkiem.

I byłby to już koniec gdyby nie to, że rzeczywistość przewyższyła literacką fikcję. Bohater Hessego bowiem nie potrafi niczego uczynić z oświeconą wiedzą, którą posiadł, podobnie zresztą jak wielu znanych oświeconych myślicieli. Słusznie czuje, że byłoby błędem wyrażenie jej jakąś nauką, explicite, stworzenie kolejnego “izmu”. Dlatego zachowuje ją dla siebie. Trzeba prostoty Dersu, by pójść o krok dalej niż Siddhartha. Dersu przekłada Prawdę na język, jakim mówi. Wyraża ją implicite. W jego mowie nie ma już podziału na podmiot i przedmiot, na “Ja” i “to”. Na określenie każdej osoby ma zaimki dzierżawcze. Każdemu z люди przypisuje w ten sposób “Ja”. Każdemu takie samo – bezgłośne, ukryte pod jego “koszulą”.