Дерсу Узала / Dersu Uzala / デルス・ウザーラ / Dersu Uzała



Ludy dalekie a bliskie - fragment

(...) Pomoc krajowca obeznanego z prawami tajgi lub tundry czyniła badania łatwiejszymi. Oni pomagali omijać bagna i trzęsawiska, ostrzegali przed rwącymi potokami, wiedzieli, kiedy groźna zamieć zapowiada się na kilka dni, doradzali, gdzie rozbić obozowisko, znali zwyczaje zwierząt żyjących w tajdze i pokrętne ścieżki przez wąwozy, parowy, i niezbadany zielony ocean. Ileż to zachowało się interesujących relacji na ten temat. W literaturze polskiej natomiast Stanisław Poniatowski, badający Nanajów i Oroczonów w 1914 r. pozostawił swoiście brzmiące refleksje na ten temat. Zrodziły się one pod wpływem rozmów ze znakomitym rosyjskim badaczem Dalekiego Wschodu Włodzimierzem Arseniewem, który zaprzyjaźnił się ze starym Nanajem. „Dersu Uzała było mu na imię" pisze Poniatowski przytaczając fragment interesującej opowieści Arseniewa:
„Koło 5 przychodzi Arseniew, gadamy sobie, opowiada mi niektóre przygody ze swych wypraw, pochłaniam je z ogromnym zainteresowaniem. Opowiada o starym Goldzie Dersu Uznała, który kiedyś w nocy przyszedł zgłodniały do jego obozowiska w tajdze i odtąd przez kilka lat towarzyszył mu w wyprawach, dzieląc wspólnie przygody i nieraz ratując życie. Opowiada o nim z prawdziwym wzruszeniem.
Okładka książki

Obozowali raz późną jesienią niedaleko ujścia rzeczki Lifu do jeziora Chanka. Arseniew zaproponował staremu, by poszli razem na kaczki. Dersu odradzał, bo było dość wietrzno, i wskazywał na jakieś dalekie chmurki, ale skoro mu Arseniew powiedział, że sam pójdzie, poszedł z nim razem. Polowanie potrwało kilka godzin, przy czym dość się oddalili od obozowiska, niejednokrotnie przeskakując małe strumyki wpadające do Lifu lub jej drobne rozgałęzienia. Tymczasem pod wieczór, kiedy trzeba było pomyśleć o powrocie, wiatr się zaczął wzmagać, coraz bliżej przeciągając czarną śniegową chmurę. Wzięli się do odwrotu, ale już było za późno. Malutkie strumyki, które poprzednio przeskakiwali, zamieniły się teraz w szerokie rzeki, bo dmący od jeziora wiatr coraz bardziej rozlewał ich wody. Wkrótce zaczęło się robić zimno, ciemno i padać zaczął coraz gęstszy śnieg. Obaj byli lekko ubrani i rozumieli dobrze, że straszna purga, która się właśnie rozpoczęła i mogła potrwać ze trzy dni, może ich stąd już nie wypuścić żywych. Dersu zwrócił się: »jeżeli nie będziesz mnie teraz słuchać, zginiemy« i zabrał się żywo do ścinania pęków sitowia i trzciny, każąc Arseniewowi robić to samo. Pośpiesznie zaczęli ścinać i zgarniać na kupę przy coraz większym śniegu i zwiększającym się mroku. Arseniew wkrótce zgubił nóż, Dersu kazał mu rwać sitowie rękami, lecz przemoczony i zziębnięty Arseniew nie długo mógł to robić. Zresztą zaczynał już tracić nadzieję, by się to na co zdało i wkrótce upadł na ziemię na pół zmarznięty. Teraz dopiero zrozumiał na co potrzebna była trzcina. Dersu zaczął go zarzucać tą trzciną i sitowiem, a kiedy nawalił już wielką kupę, sam się wczołgał pod nią i położył obok niego. Śnieg zawalił ich coraz bardziej, ale leżąc koło siebie pod kupą trzciny i sitowia, ocaleni byli od zasypania śniegiem i zaczęli się powoli rozgrzewać. Przeleżeli tak pod śniegiem całą dobę i dopiero na drugi dzień po południu purga ustała, chwycił silny mróz i już po zamarzniętych strumieniach i jeziorach wrócili do obozowiska.
To znów opowiadał Arseniew o różnych spotkaniach w tajdze. Raz np. odszedł daleko sam wieczorem na polowanie i spostrzegł w tajdze samotną nędzną lepiankę. Wszedł do niej i zastał starego Chińczyka poszukiwacza »żeńszenia«. Stary już 46 lat mieszkał samotnie w puszczy, zupełnie nie widząc ludzi z wyjątkiem odwiedzającego go dwa razy do roku Chińczyka, przynoszącego trochę prochu, nabojów i żywności w zamian za nazbierane przez samotnika korzenie »żeńszenia«. Lepianka i jej urządzenie pokazywało ostatnią nędzę, stary był chory, leżał zgorączkowany na tapczanie, nie mając sił zapalić ognia i przygotować sobie strawy. Widząc stan gospodarza Arseniew został przy nim na noc, rozpalił w piecu, zrobił staremu kolację, przykrył go ciepło i położył się spać opodal. Z przyjemnością słyszał jak stary znacznie się uspokoił i wreszcie całkiem uciszył. Z rana nie chcąc budzić Chińczyka, cicho wstał i poszedł z lepianki, nie żegnając się z gospodarzem. Po kilku dniach zdarzyło się Arseniewowi przechodzić ze swymi ludźmi koło tej samej lepianki. Zapragnął zobaczyć, jak się ma przypadkowo poznany jej gospodarz, wszedł więc do niej i z wielkim zdziwieniem zobaczył, że wewnątrz pozostało wszystko tak samo, jak w chwili, kiedy z niej po cichu wychodził, nie chcąc budzić gospodarza, który teraz leżał w tym samym miejscu i tak, jak go otulił Arseniew, ale już umarły.
I mówił Arseniew dużo jeszcze o wysokiej etyce mieszkańców puszczy, o tabliczkach umieszczonych przez Chińczyków, poszukiwaczy żeńszenia i myśliwych, na samotnych dróżkach lub przełęczach z napisami, jak np. »przechodniu, w takiej to a takiej odległości stąd znajduje się moja lepianka. Jesteś głodny, idź tam i weź czego ci potrzeba« i jak podobno nigdy gościnność nie bywa nadużywana. Opowiadał o polowaniu na tygrysa lub na jelenia, kiedy poszli z Dersu czatować w nocy koło polany, na którą miało wyjść stado. Jelenie zawiodły, natomiast rozległ się niedaleko potężny ryk tygrysa, co i najdzielniejszego myśliwego zimnem przejmuje. Arseniew oczekując napaści skierował lufę w stronę, skąd zaczął się ryk coraz wścieklej powtarzać, ale Dersu położył strzelbę na ziemi, upadł na kolana i zwrócił się do tygrysa z przemową. Przepraszał go, że tu przyszli, nie wiedzieli bowiem, że to miejsce, na którym tygrys poluje, tłumaczył tygrysowi, że puszcza jest wielka, miejsca dość dla wszystkich, więc i oni zaraz pójdą poszukać sobie innego. Arseniew miał wielką ochotę zmierzyć się z tygrysem (zabił potem dwa jeszcze), ale ze względu na Dersu zaniechał zamiaru i odeszli stamtąd nie napastowani przez tygrysa. Gol-dowie nigdy na tygrysa nie polują, jest on bowiem wspólnego z nimi pochodzenia [...]! jeszcze jedna opowieść o Dersu. Po paru latach włóczęgi z Arseniewem zdarzyło się Dersu, że spudłował kiedyś do zwierza, zmarkotniał stary i zaczął sobie półgłosem rozważać, że to już starość idzie, a on sam na świecie i wkrótce nie będzie miał kto polować dla niego zwierzyny lub złapać ryby. Arseniew wzruszył się i przypominając staremu ile to razy ocalił mu on życie, powiedział , że za to on już go od siebie nie puści. Dersu nic nie odpowiedział, ale kiedy zdarzyło im się być po pewnym czasie w okolicach ujścia Lifu, zaprowadził Arseniewa do tajgi i wskazując na maleńką polankę powiedział: »w to miejsce od lat znosiłem znalezione przeze mnie żeńszenie, weź je sobie wszystkie za to, coś mi wówczas mówił« i przypomniał swój chybiony strzał. Dersu przyszedł wprawdzie z Arseniewem do miasta, ale nie mógł w nim długo wytrzymać, już po paru tygodniach wybrał się na polowanie do niedalekiego od Chabarowska pasma Chichcyr. Niestety sam padł tam ofiarą, zabity przez jakiegoś podmiejskiego włóczęgę albo i kolonistę Moskala, który mógł się obłowić zaledwie paroma rublami i dubeltówką".
Skoro już słowami Poniatowskiego opowiadamy o losach Dersu Uzały warto wspomnieć, że lud nadamurski, z którego on się wywodził, to Goldowie nazywani dzisiaj Nanajami. Jest ich obecnie około 8 tysięcy. Mieszkają po obu stronach dolnego biegu Amuru i Ussuri. Ich źródłem utrzymania jest nadal rybołówstwo i myślistwo. Dawniej były to zajęcia typowe dla wszystkich rodzin tubylczych. Dzisiaj natomiast część porzuciła łodzie rybackie i pracuje w przemyśle drzewnym. Zagubione też zostały gdzieś w niepamięci wierzenia i obrzędy, a szaman znikł zupełnie z krajobrazu nanajskich osad. Niezmiernie trudno byłoby jednak dokładnie przedstawić, jak kształtuje się dzisiejsza sytuacja tego ludu. Z całą pewnością jednak żyją oni bardziej pod wpływem cywilizacji białego człowieka aniżeli swych odwiecznych plemiennych praw i obyczajów. Tereny tak obfite kiedyś w zwierzynę stają się bazą dla tartaków i innych zakładów przetwórstwa drzewnego. Jęk pił tartacznych przepędza zwierzęta, a pływające po Amurze i Ussuri statki dopełniają spustoszenia w rybostanie. Dziś kraina Nanajów nie jest tak cicha, jak przed laty. Mniej tam tradycyjnych elementów kultury materialnej, ale dawne mity i legendy tkwią jeszcze w pamięci ludzi starszych. Nanajowie nie zostawili pisanych dziejów swojego ludu. Pisma bowiem nie znali. Żywe słowo i przekazywane z pokolenia na pokolenie fakty stanowiły ową naturalną księgę dziejów. Dzisiaj i ona jest uboższa, a starzy Nanajowie to żywi świadkowie lat minionych. Jest wprawdzie trochę dzieł geograficznych, etnograficznych i podróżniczych, w których zapisano bogaty folklor Nanajów, dawne obyczaje, tradycje rodzinne i obrzędy. W większości jednak to co w nich utrwalono przeminęło już bezpowrotnie. Wyparci ze swych łowisk przez białych osadników, wielu z nich podzieliło los Dersu Uzały. Jego obraz ukazany później przez Arseniewa w jednej z książek jest swoistą refleksją autora nad tym, co w gruncie rzeczy stanowi pierwotną warstwę w wychowaniu człowieka, zło czy dobro, instynkt współżycia czy instynkt agresji i niszczenia. Przyjazny stosunek Dersu Uzały do przyrody nakazuje mu tak samo traktować ludzi. Jest on osobą, która w swej istocie równie przyjaźnie odnosi się do przyrody, jak i tych, których coraz więcej spotyka w ostępach tajgi penetrowanej przez białego człowieka. Ba, stara się nieraz mu pomagać i ratuj e z licznych opresji. Jest to więc motyw występujący we wszystkich opowieściach, obrazujących proces kolonizacji, w których jak na ironię, prymitywnie j si od białych eksploratorów żółtolicy, czarnoskórzy czy czerwonoskórzy tubylcy charakteryzujący się otwartością, szczerością' czy chęcią ofiarowania swej przyjaźni, giną z ręki bardziej cywilizowanego przybysza. Dersu Uzała żyjący w tajdze jest człowiekiem prawym, podobnym do równie prawych Indian amerykańskich, którzy jeśli walczyli z białym człowiekiem, to tylko w obronie własnej ziemi. Stworzony przez białego człowieka ich bohater, Winnetou, cechuje się mądrością i prawością, którą przeciwstawia zaborczym dążeniom kolonistów. Indianie jednak, czując się prawymi właścicielami prerii zaczęli zwracać nabytą od handlarzy futer broń przeciw białym osadnikom zagrażającym ich interesom. Podobnie było i na dalekiej Syberii, gdzie biali przybysze nie respektowali jakichkolwiek praw krajowców. Uniemożliwiało to pokojową koegzystencję obu ras. Pozbawieni środków do życia krajowcy coraz bardziej popadali w łaskę białych. Myśliwi tracili podstawy swej egzystencji. Los prymitywnego Dersu Uzały jest w pewnym sensie odbiciem stosunków panujących w dzikiej tajdze przed jej kolonizacją. Tutaj bowiem zgodnie współżyli ze sobą ludzie i przyroda. Klękanie starego Nanaja przed tygrysem to echo odległych wierzeń. Animizm bowiem mocno był zakorzeniony w religii ludów Syberii, która pod wpływem misji prawosławnych i administracyjnego czynnika rządowego stawała się coraz bardziej uboga. Zaczęły zanikać stare wierzenia, podobnie jak znikło wiele innych elementów kulturowych właściwych tutejszym ludom. Mieliśmy również do czynienia ze znacznym spadkiem liczebności rodów, a nierzadko niektóre z nich starte zostały z powierzchni ziemi. Nastąpiła dezintegracja spójności plemiennej, a pozyskiwanie lojalności krajowców odbywało się na zasadzie wynagradzania ich wódką. Zajmowane przez nich tereny łowieckie plądrowane były przez owych cywilizatorów, którzy robili całkiem niezłe interesy na handlu z krajowcami, na wywłaszczaniu ich z odwiecznych rewirów myśliwskich i innych formach zaboru. Były to powszechne prawidła „cywilizacji", które w znacznym stopniu przypieczętowały los krajowców. Znaleźli się oni na łasce białych, znikąd nie mogli otrzymać pomocy i tak powoli zaczęli poddawać się swemu losowi. Pozbawieni nadziei, że kiedykolwiek będzie lepiej, stali się bezwolnymi wierząc, iż przybycie białych ludzi jest naturalną wolą duchów. Tej woli nie mogli się przeciwstawiać. Służyli więc wiernie Oroczoni rosyjskim kolonistom, sami mrąc z głodu i jakiejś wewnętrznej psychicznej udręki. Pisał o nich szeroko Agaton Giller, uczestnik powstania styczniowego, który z woli cara odbywał swe wyroki na zesłaniu syberyjskim. Spotykał się on między innymi z Oroczonami, a następnie pisał, iż są „bardzo rzetelni, nie znają fałszu i oszustw. Przyszłość ich łatwą jest do przewidzenia. Rozpojeni, ciemni, dręczeni zaszczepionymi przez obcych chorobami, wymrą, a resztki zamienią się w Moskali. Biedny lud umrze..." Liczebność Oroczonów szacuje się dzisiaj na około 477 osób. Nie są to jednak „czyści" antropologicznie przedstawiciele tego ludu. W żyłach ich płynie duża domieszka krwi różnych przybyszów. Kulturowo natomiast są wyjałowieni ze swych odwiecznych wierzeń, zwyczajów i obyczajów. Dawniej występował tam patriarchat; podstawą były rody, w których po śmierci głowy rodu władza przechodziła na najstarszego syna. Bytowali na niskiej stopie życiowej, zajmując się pasterstwem i rybołówstwem. Rybą żywili się ludzie oraz psy. Mieszkali w szałasach z żerdzi, latem krytych liśćmi, zimą skórami. Oroczoni, którzy posiadali swą tradycyjną kulturę, własny język i religię, należą już do przeszłości. Spodziewać się należy, że już w najbliższych dziesięcioleciach znikną oni w morzu wchłaniającej ich społeczności rosyjskiej. Giller przewidział tę sytuację. Jego opis kultury tego ludu był swoistym podzwonnym dla oroczońskiej populacji. Dopełniła się więc już na naszych oczach saga tego ludu, a zapoczątkowanego w XVIII stuleciu procesu jego wymierania i „mieszania" się z przybyszami już nic nie zatrzyma. Rosyjska kolonizacja ziem nadamurskich spowodowała zabór nowych terytoriów i podporządkowanie sobie zamieszkujących je „ludów dzikich i barbarzyńskich". Asymilacja i powolne wymieranie to zgubne dla oroczońskiej populacji czynniki sięgające około dwustu lat wstecz. Chociaż więc w radzieckim Atlasie narodów świata, Moskwa 1964, wymieniono Oroczonów jako odrębną grupę etniczną o sukcesywnie wzrastającej liczebności, to należy przyjąć, że tzw. „czystych antropologicznie i językowo" Oroczonów już dzisiaj nie ma. Zjednanie się z przybyszami poprzez religijną indoktrynację, czy wręcz dyskryminacja w latach carskiego panowania w Rosji zebrały swoje żniwo. Z całą pewnością lud ten nie kształtuje swojego dzisiejszego życia w sposób naturalny. Podlega różnym formom współczesnej asymilacji - inaczej mieszka, inaczej się ubiera, w co innego wierzy niż przed laty, czyli przeżywa bardziej humanitarną formę cywilizowania, różniącą się zasadniczo od tej, za pomocą której carscy czynownicy chcieli „przyswoić Oroczonów białej cywilizacji". Ten proces akulturacji trwa, zatem ważnym kluczem do badań etnograficznych nad Oroczonami są wszelkie o nich relacje pochodzące od zesłańców i podróżników, informacje z raportów urzędników rosyjskich czy badaczy. Nauka polska posiada swój wkład do tej wiedzy. Tworzą go krótkie zapisy polskich zesłańców, których zły los rzucił na ów kraniec świata rosyjskiego imperium. Jest też w tym wkładzie materiał szczególnej wartości naukowej . Tworzą go terenowe zapisy Stanisława Poniatowskiego, który w roku 1914 z ramienia Instytutu Smithsona w Waszyngtonie prowadził badania antropologiczno-etnograficzne w „kraju Goldów i Oroczonów", jak to zanotował w swoim Dzienniku wyprawy. Wartość tego materiału dopełniają zdjęcia, ukazujące Nanajów i Oroczonów w różnych sytuacjach codziennego życia - np. połowu ryb, mieszkań budowanych na wzór rosyjski, tradycyjnych jurt, spichrzy, kapliczek, szamańskich bębnów i samych szamanów. Zbiór dopełniają zdjęcia - portrety, nieraz tak fascynujące w swej wymowie, iż przekonują od razu o egzotyczności Dalekiego Wschodu. Spoglądają z nich płaskie twarze krajowców, z kolczykiem w jednym uchu, o krótkich, wręcz płaskich nosach i skośnych oczach. Nieraz są to postaci w tradycyjnych strojach zdobionych aplikacjami, dzisiaj noszonych tam bardzo rzadko.
Jeśli mowa o stosunku naszych badaczy do krajowców, z którymi stykali się podczas zesłania i prowadzonych badań, warto również wspomnieć, że i Poniatowski z niekłamaną wręcz sympatią pisze o nich w Dzienniku. Nanajowie pomagali mu w transportowaniu bagażu wyprawy, zjednywali informatorów i ułatwiali kontakt z miejscową ludnością. Przewodnicy ci szczegółowo poinformowani o celach wyprawy ufali naszemu badaczowi. To za ich przyczyną pozwalali krajowcy robić sobie zdjęcia i zdejmować odlewy gipsowe z twarzy. Wierzyli też, że pomiary ciała nie skończą się wcieleniem do wojska. Z ich poręki, początkowo zatrwożeni, krajowcy opowiadali później Poniatowskiemu o swoich wierzeniach, pomagali w tych niegościnnych i niedostępnych terenach znaleźć drogę od osady do osady, przez co ułatwiali przebieg badań. Umożliwiali obserwowanie tradycyjnych obrzędów, dawali w prezencie wyroby codziennego użytku, wykonywali na życzenie różne wycinanki i rysunki. Potrafili znaleźć w dzikich obszarach to wszystko, co było nieodzowne do życia, bezpieczeństwa i jako takiej egzystencji. O tych ludziach syberyjskich tajg i tundr, wśród których żyło wielu polskich zesłańców, informują ich pamiętniki. Nieraz są to wręcz niewiarygodne zdarzenia dziejące się na bezludnych obszarach zawianych śniegiem, gdzie tylko sanie zaprzężone w psy były jedynym środkiem komunikacji i transportu. Ileż to razy zagubieni wśród tych śniegów korzystali zesłańcy z pomocy krajowców. W syberyjskich kronikach raz po raz odnotowujemy takie fakty. Krajowcy posiadali bowiem fantastyczne wręcz rozeznanie miejsc, gdzie najczęściej występowały zwierzęta, gdzie należało łowić ryby, którędy trzeba było prowadzić psi zaprzęg, aby nie zabłądzić w białej i mroźnej pustyni. Jak przystało na ludzi leśnych bezdroży, krajowcy syberyjscy byli mistrzami w prowadzeniu psich i reniferowych karawan. Raz po raz korzystano więc z ich usług tam, gdzie niegościnne obszary pokryte śniegiem taiły różne niebezpieczeństwa. Nawet uważny obserwator nie znający jednak panujących tam praw natury > nie był w stanie dostrzec właściwej drogi w śnieżnej otchłani. Dlatego ongiś pomoc krajowców była w tych podróżach niezmiernie potrzebna. Bywało, że byli oni za tę pomoc wynagradzani. Znane są również i takie przypadki w dziejach opanowywania Syberii, że wybierano z określonego plemienia najwytrawniejszych myśliwych-przewodników, rekwirowano psie lub reniferowe zaprzęgi i kazano prowadzić kozackie karawany. Po dojechaniu na miejsce rozstawano się z przewodnikami, nie dając często ani jednego zaprzęgu na powrót do swoich. Ginęli więc krajowcy w śnieżnej otchłani i tylko nieliczni powracali do macierzystych osad. (...)