Дерсу Узала / Dersu Uzala / デルス・ウザーラ / Dersu Uzała



SZKLANY    WĄWÓZ

W roku 1902, w czasie jednej z wypraw z oddziałem myśliwskim, jechałem w górę rzeki Cimuche, która wpada do Zatoki Ussuryjskiej koło wsi Szkotowo. Oddział mój składał się z sześciu strzelców syberyjskich i czterech jucznych koni. Celem mojej wyprawy było zbadanie powiatu szkotowskiego z wojskowego punktu widzenia oraz poznanie przełęczy i łańcucha górskiego Da-diań-szań, skąd biorą początek cztery rzeki: Cimuche, Majche, Daubiche i Lefu. Miałem również zbadać wszystkie ścieżki dokoła jeziora Chanka i w okolicy kolei ussuryjskiej.



Łańcuch górski, o którym mówimy, zaczyna się koło Imanu i ciągnie się w kierunku południowym, równolegle do rzeki Ussuri z północo-wschodu na południo-zachód. Na zachód od Da-diań-szań znajduje się rzeka Sunga-cza i jezioro Chanka, a na wschód rzeka Daubiche. Łańcuch ten rozgałęzia się dalej w dwóch kierunkach. Jeden ciągnie się na południo-zachód, tworząc grzbiet Bogata Grzywa, która rozpościera się wzdłuż całego Półwyspu Mu-rawiewa-Amurskiego. Drugie zaś odgałęzienie ma kierunek ku południowi i schodzi się z wysokim pasmem stanowiącym dział wód między rzekami Daubiche i Suczan.

Wieś Szkotowo położona przy ujściu rzeki Cimuche, na prawym jej brzegu, powstała około roku 1864. W 4 lata później została spalona przez chunchuzów, ale już w roku następnym odbudowano ją. M. Przewalski w r. 1870 naliczył w niej sześć zagród i trzydziestu czterech mieszkańców obojga pici. Ja zaś poznałem Szkotowo już jako dość dużą wieś.

Spędziliśmy tutaj  dwie doby,  oglądając  okolicę i przygotowując się do dalszej podróży. Rzeka Cimuche, długości 30 km, płynie w kierunku równoleżnikowym i jej  jedynym prawym dopływem jest Bejca. Dolinę, przez która przepływa,     nazywają     tutejsi     "Szklanym     Wąwozem". Nazwa ta pochodzi od chińskiej fanzy myśliwskiej, w której  okno wstawiony był kawałek szkła.  Zaznaczyć należy, że w Kraju Ussuryjskim nie było wówczas ani jednej huty szklanej i szkło było szczególnie cenione w tych zapadłych zakątkach kraju. W głębi gór i lasów stało się ono swego rodzaju jednostką wymienną. Pustą butelkę można wymienić na mąkę, sól, czumizę, nawet na futra. Ci, którzy mieszkają tu od dawna, opowiadają, że ludzie powaśnieni ze sobą starali się wtargnąć  do  domów nieprzyjaciół, by wytłuc im szklane naczynia. Nic więc dziwnego, że kawałek szkła w oknie chińskiej fanzy uważany był za zbytek. Zwróciło to uwagę pierwszych osiedleńców, którzy nazwali "szklaną" nie tylko fanzę i rzeczkę, lecz także całą okolicę. Ze Szkotowa wyruszyliśmy wcześnie. Tego samego dnia doszliśmy do Szklanego Wąwozu. Rzeka Bejca płynie niemal  prosto  w  kierunku  zachodnio-południowo-zachodnim i dopiero   przy samym   ujściu   skręca na zachód. Szklany Wąwóz nie wszędzie jest jednakowy: to zwęża się do 100 m, to znów rozszerza do l km. Jak większość dolin w Kraju Ussuryjskim jest to dolina niezwykle równinna.  Otaczające ją góry, porośnięte koślawą dębiną, mają niezwykle strome zbocza.

Im głębiej zapuszczaliśmy się w góry, tym roślinność stawała się bujniejsza. Rzadka dąbrowa przeszła w gęste mieszane lasy, wśród których rosło wiele cedrów. Naszym drogowskazem była maleńka ścieżyna wydeptana przez chińskich myśliwych i poszukiwaczy żeń-szenia. Po dwóch dniach dotarliśmy do miejsca, w którym znajdowała się kiedyś "Szklana Fanza", ale zastaliśmy już tylko ruiny. Ścieżka z każdym dniem stawała się coraz trudniejsza do przebycia. Widać było, że ludzie dawno nią nie chodzili. Zarosła trawą i w wielu miejscach zawalona była wywróconymi pniami drzew. Wkrótce zgubiliśmy ją zupełnie.

Napotkane ślady zwierząt były dla nas drogowskazem, dopóki prowadziły w pożądanym 'kierunku, przeważnie jednak szliśmy bezdrożem. Trzeciego dnia pod wieczór podeszliśmy do grzbietu gór Da-diań-szań. Pozostawiwszy ludzi na dole, weszliśmy z Olentjewem na jeden z sąsiednich szczytów, by zobaczyć, czy daleko jest jeszcze do przełęczy. Widoczność gór była doskonała. Okazało się, że miejsce działu wód jest od nas odległe o 2 lub 3 km. Było rzeczą jasną, że do wieczora dojść tam nie zdołamy; a gdybyśmy nawet doszli, groziłby nam nocleg bez wody, ponieważ źródła górskie o tej porze roku wysychają niemal zupełnie. Postanowiłem rozbić obóz tam, gdzie pozostawiliśmy konie, a nazajutrz z zapasem świeżych sił ruszyć ku przełęczy.

Nie przeciągałem zazwyczaj marszu do zmierzchu, aby można było jeszcze za dnia rozbić namioty i zrobić zapas drzewa na noc. Podczas gdy strzelcy rozbijali obóz, skorzystałem z wolnej chwili, by obejrzeć okolicę. Stałym moim towarzyszem w tego rodzaju wycieczkach był Polikarp Olentjew — wspaniały człowiek i doskonały myśliwy. Miał wówczas lat dwadzieścia sześć. Był to mężczyzna średniego wzrostu, dobrze zbudowany. Miał jasne włosy, wydatne rysy twarzy i niewielkie wąsy. Olentjew był optymistą. Nawet w trudnych sytuacjach nie tracił dobrego nastroju i usiłował mnie przekonać, że "wszystko idzie ku lepszemu na tym najlepszym ze światów”. Po wydaniu odpowiednich zarządzeń wzięliśmy broń i ruszyliśmy na zwiady.

Słońce zdążyło właśnie skryć się za horyzontem i w tej samej chwili, gdy promienie jego złociły jeszcze szczyty gór, w dolinach kładły się już cienie zmierzchu. Na tle bladego nieba ostro rysowały się wierzchołki drzew z pożółkłymi liśćmi. Wśród ptaków, owadów, w suchej trawie, nawet w powietrzu, słowem, wszędzie czuło się już nadchodzącą jesień.

Przebyliśmy niewysoki grzbiet i znaleźliśmy się w sąsiedniej dolinie porosłej gęstym lasem. Przecinało ją w poprzek szerokie, suche łożysko górskiego potoku. Tutaj drogi nasze rozeszły się. Ja poszedłem w lewo po pokrytej żwirem mieliźnie, a Olentjew — w prawo. Nie upłynęły nawet dwie minuty, gdy z jego strony huknął wystrzał. Odwróciłem się i w tej samej chwili coś giętkiego i pstrego mignęło w powietrzu. Rzuciłem się do Olentjewa, który szybko ładował strzelbę, ale właśnie, jak na złość, jeden nabój zaciął się w magazynku i zamek nie dał się zatrzasnąć.

- Do kogo strzelałeś?
- Zdaje się, że do tygrysa — odpowiedział. — Zwierz siedział na drzewie. Mierzyłem dobrze i na pewno trafiłem.

Olentjew znowu nabił strzelbę i obaj ruszyliśmy ostrożnie w stronę, gdzie ukrył się zwierz. Krew na suchej trawie świadczyła o tym, że istotnie został raniony. Nagle Olentjew zatrzymał się i wytężył słuch. Z przodu, z prawej strony, dochodziło chrapanie. Przez gąszcz paproci nic nie można było dojrzeć. Wielkie, powalone na ziemię drzewo zagradzało nam drogę. Olentjew chciał je skokiem przesadzić, lecz ranne zwierzę uprzedziło go i rzuciło się gwałtownie na nasze spotkanie. Olentjew w pośpiechu, nie przykładając nawet kolby do ramienia, wystrzelił z bliska. Powiodło się. Kula trafiła w samą głowę zwierza — upadł na zwalone drzewo i zawisł na nim łbem i przednimi łapami po jednej jego stronie, a zadem po drugiej. Ranne zwierzę po kilku konwulsyjnych ruchach poczęło gryźć ziemię i ześlizgując się powoli po pniu drzewa, zwaliło się ciężko u nóg myśliwego.

Od pierwszego rzutu oka poznałem panterę mandżurską, zwaną przez miejscową ludność "barsem".

Ten wspaniały przedstawiciel rodziny kotów był potężnym okazem. Długość jego od nosa do nasady ogona wynosiła 1,4 m. Skóra rdzawożółta po bokach i na plecach, a biała na brzuchu pokryta była czarnymi plamami, które układały się pasami, jak pręgi tygrysa. Plamy na bokach, łapach i łbie były jednolite i drobne, a na szyi, grzbiecie i ogonie - duże, koliste.

W Kraju Ussuryjskim panterę spotkać można jedynie na południu. Głównym jej pożywieniem są jelenie plamiste, sarny i bażanty. Zwierzę to jest niezwykle chytre i ostrożne. Ratując się przed człowiekiem pantera włazi na drzewo i wybiera tam gałąź naprzeciwko jej śladów na ziemi, a więc właśnie na wprost promienia wzroku myśliwego, następnie rozciąga się wzdłuż gałęzi, kładzie łeb na przednie łapy i w tej pozycji zamiera w bezruchu. Pantera czuje doskonale, że jej przylegające do gałęzi ciało jest mniej widoczne od strony łba niż z boku.

Zdejmowanie skóry z zabitego zwierzęcia zajęło nam przeszło godzinę. Kiedy ruszyliśmy w powrotną drogę, zapadł już głęboki mrok. Szliśmy długo, wreszcie ujrzeliśmy ognie obozu. Wkrótce można już było rozróżnić wśród drzew sylwetki ludzkie, które poruszały się zasłaniając ogień. Psy w obozie powitały nas przyjaznym poszczekiwaniem. Strzelcy otoczyli panterę, oglądali ją i wypowiadali głośno swoje uwagi. Rozmowy przeciągnęły się do późnej nocy.

Na drugi dzień ruszyliśmy w dalszą drogę. Dolina zwężała się i coraz trudniej było iść. Szliśmy na przełaj starając się nie nadkładać drogi.

W południe dotarliśmy do samego grzbietu. Podejście było strome i trudne. Konie wytężały wszystkie siły wdrapując się na stromiznę; nogi drżały im z wysiłku; zwierzęta raz po raz padały z szeroko rozdętymi nozdrzami, dysząc ciężko i gwałtownie. Dla ułatwienia sobie drogi musieliśmy iść zakosami, odpoczywając często i poprawiając juki. Wreszcie .osiągnęliśmy grzbiet. Tutaj zrobiliśmy półgodzinny odpoczynek. Zalesionym grzbietem górskim należy iść ostrożnie, zatrzymując się często, łatwo bowiem zabłądzić, zwłaszcza we mgle. Przypominam sobie, iż kilkakrotnie już zabłądziłem w takich okolicznościach. W obawie, by się to nie powtórzyło, wdrapałem się na sam szczyt.

Z góry widać było jak na dłoni cały łańcuch Da-diań-szań. Ciągnął się ku północy z lekkim wygięciem na wschód. Góry były tu zamglone i niewyraźne, dalej na wschodzie (zapewne u źródeł Daubiche i Ułache) wysokie i majestatyczne. Zachodnie zbocza łańcucha robiły wrażenie stromych i urwistych, wschodnie -— bardziej łagodnych. W oddali, na lewo, widać było Majche i Ci-muche, na prawo zaś — powikłaną sieć rzeczną Suczanu. Okolica z tamtej strony była tak pocięta, że długo nie mogłem zrozumieć, w jakim kierunku rzeczki płyną i do jakiego dorzecza należą. Na przedzie, w odległości 5 km, wznosił się jakiś kopulasty szczyt. Zapamiętałem go sobie jako drugi punkt orientacyjny.

Na szczytach łańcucha Da-diań-szań rośnie las bujny bez podszycia, toteż wraz z objuczonymi końmi posuwaliśmy się dość szybko. W jednym miejscu spłoszyliśmy dwa marale — samca i łanię.  Jelenie odbiegły w bok, po czym zwróciwszy   z  lekka   głowy   w   naszą   stronę,   stanęły   jak wryte. Jeden z kozaków chciał strzelać, lecz powstrzymałem go. Żal mi było zabijać te śliczne zwierzęta. Żywności mieliśmy dosyć, a konie były tak obciążone, że nie moglibyśmy zabrać ze sobą zabitych jeleni.  Przez kilka minut z  przyjemnością  przyglądałem  się  maralom.   Wreszcie  samiec ruszył pierwszy. Wydał krótki ryk i położywszy rogi na grzbiet, silnymi skokami zaczął sadzić ukosem pod górę. Maralem   nazywa   się   szlachetny    jeleń    zamieszkujący Kraj Przymorski. To zgrabne i piękne zwierzę ma 1,9 m długości i 1,4 m wysokości. Jego waga dochodzi do 197 kg. Sierść marala jest latem jasnobrunatna,  a  zimą szarobura, połyskująca,  z białożółtym odcieniem.  Na  długiej,  silnej szyi, ozdobionej u samca grzywą, osadzona jest piękna głowa  z   dużymi,   zwiniętymi,   ruchliwymi  uszami.   Rozwidlające się rogi mają na przedzie dwa proste kolce i kilka górnych  wyrostków.   Rogi te  odpadają  zimą,   wiosną  zaś odrastają, przy czym z każdym rokiem przybywa o jeden wyrostek   więcej.   Dlatego   też   według   liczby   wyrostków można określać wiek jelenia doliczając pierwszy rok, kiedy jeleń   jest  jeszcze  bezrogi.   Liczba  wyrostków   jest  jednak utrzymana  w   pewnych  granicach.   Zazwyczaj   dorosły  samiec ma ich nie więcej niż siedem. Później stają się one tylko cięższe, zwiększają się ich rozmiary i grubość. Młode rogi,   wyrastające  wiosną,   miękkie,   bardzo   silnie   unaczynione i jeszcze nie stwardniałe, nazywają się pantami.

Jeleń ten zamieszkuje południowe okolice Kraju Ussuryjskiego, całą dolinę rzeki Ussuri z jej dopływami, nie przekraczając jednak granicy iglastych lasów Sichote-Aliń. Na pobrzeżu morza można go spotkać aż do Przylądka Olimpiady.

Latem maral trzyma się cienistych, zalesionych zboczy górskich, a zimą - stoków słonecznych i dolin położonych wśród równinnej tajgi, gdzie zagajniki przeplatane są, polankami. Ulubionym letnim pokarmem marala jest lespedeza a zimą młode pędy osiny, topoli i karłowatej brzozy.

W południe zrobiliśmy dłuższy popas. Według moich obliczeń powinniśmy się już znajdować w pobliżu kopulastej góry.

W marszu należy się liczyć nie tyle z siłami ludzkimi, ile z siłą objuczonych zwierząt. Dźwigają one wielkie ciężary, dlatego też podczas każdego krótszego czy dłuższego postoju należy zdjąć ciężar z ich grzbietów.

Konie rozsiodłano i puszczono luzem. Pod liśćmi trawa była jeszcze zielona, mogły się więc nią pożywić.